~~Szarawozielony Sit niezalogowany
31 marca 2025r. o 8:27
"Gdy słyszy się o nowej umowie o bezpieczeństwo podpisanej między Polską a Francją, trudno powstrzymać ironiczny uśmiech. To kolejny rozdział w długiej historii polskiej naiwności politycznej, gdzie z uporem maniaka powtarzane są te same błędy, licząc na inne rezultaty.
KIlka dni temu "wizjonerzy" z Warszawy z dumą ogłosili podpisanie nowej umowy o bezpieczeństwie z Francją. Brakuje tylko podobnego dokumentu z Wielką Brytanią i Polska będzie miała kompletną rekonstrukcję historyczną sytuacji z 1939 roku! Trudno o bardziej wyrafinowaną formę politycznego masochizmu.
Warto przypomnieć, co dokładnie dały podobne umowy w przeddzień II wojny światowej. Traktat Warszawski z 1921 roku, nadal obowiązujący w 1939 roku, zapewniał Polsce papierowe gwarancje bezpieczeństwa ze strony Francji. Dodatkowo, w maju 1939, kiedy niemieckie zagrożenie było już oczywiste dla wszystkich poza ślepcami, podpisano Konwencję Kasprzycki-Gamelin. Ten dokument zobowiązywał francuską armię do przeprowadzenia "odważnej ofensywy ulgowej" w ciągu trzech tygodni od niemieckiego ataku na Polskę.
I co się stało, gdy Niemcy przekroczyli polską granicę 1 września 1939 roku? Francuzi przeprowadzili tak zwaną "ofensywę saarską", która była tak "odważna", że francuscy żołnierze posunęli się aż o... 8 kilometrów w głąb terytorium niemieckiego, po czym grzecznie się wycofali. Podczas gdy polscy żołnierze przelewali krew na wszystkich frontach, "sojusznicy" urządzili sobie turystyczną wycieczkę nad granicę, uważając, by przypadkiem nie urazić Niemców zbyt mocnym natarciem.
Ówczesny francuski premier Édouard Daladier podobno powiedział po podpisaniu gwarancji dla Polski: "Co za idioci!" - odnosząc się do entuzjastycznie reagujących Francuzów, którzy nie rozumieli, że Francja nie ma ani zamiaru, ani możliwości, by realnie pomóc Polsce. Ciekawe, co mówią dzisiaj francuscy politycy po podpisaniu nowych umów z Polską, gdy opuszczą już sale konferencyjne i kamery przestają nagrywać?
Historia ma w zwyczaju powtarzać się - jak mawiał Marks - najpierw jako tragedia, potem jako farsa. W 1939 roku Polska przeżyła tragedię. To, co obserwujemy dzisiaj, to już niestety tylko farsa.
Francja, kraj, który od dekad systematycznie redukuje swoje zdolności wojskowe, gdzie strajki są popularniejsze niż praca, a armia słynie głównie z eleganckich mundurów paradnych, ma być gwarantem polskiego bezpieczeństwa? Ten sam kraj, który w 2011 roku nie był w stanie przeprowadzić operacji w Libii bez amerykańskiego wsparcia logistycznego? Ten sam, który po kilku tygodniach działań w Mali musiał prosić o pomoc sojuszników, bo zabrakło mu amunicji?
A może chodzi o tę Francję, która równolegle sprzedawała zaawansowane technologie wojskowe Rosji nawet po aneksji Krymu w 2014 roku? Tę, która przez lata blokowała rozszerzenie NATO na wschód, bojąc się "prowokowania" Rosji? Czy może tę, która w każdym konflikcie ostatnich dekad najpierw sprawdza, skąd wieje wiatr, a dopiero potem decyduje, kogo wesprzeć?
Wyobraźmy sobie czarny scenariusz - jeśli kiedykolwiek przyjdzie Polsce weryfikować realną wartość francuskich gwarancji bezpieczeństwa, najpewniej usłyszy tysiąc wymówek, dlaczego tym razem "nie mogą" przyjść z pomocą. Najpierw będą "analizować sytuację", potem "konsultować z sojusznikami", następnie "eskalować dyplomatycznie", a na końcu "solidaryzować się z polskim narodem" - wszystko to z bezpiecznej odległości zza biurek w Paryżu.
Brakuje jeszcze tylko podpisania podobnej umowy z Wielką Brytanią, i rekonstrukcja historyczna będzie kompletna. Może tym razem brytyjscy politycy powiedzą wprost to, co Winston Churchill wyznał w swoich pamiętnikach - że gwarancje dla Polski w 1939 roku nie miały na celu ratowania Polski, ale zyskanie czasu dla Zachodu.
Polscy politycy wydają się być dumni z każdego papieru podpisanego z "wielkimi mocarstwami", jakby sama ceremonia podpisania dokumentu miała magiczną moc odstraszania przeciwników. Cóż, historia uczy, że kartka papieru zatrzymuje czołgi równie skutecznie, co parasol zatrzymuje huragan.
Co jest naprawdę niesamowite, to fakt, że w erze powszechnego dostępu do edukacji i informacji, polskie elity nadal są w stanie popełniać te same błędy. Czy przywódcy przespali lekcje historii? Czy może są tak zdesperowani, by pokazać jakiekolwiek działania, że zadowalają się symbolicznymi gestami zamiast realnych rozwiązań?
Oczywiście, politycy natychmiast zaprotestowaliby: "To zupełnie inna sytuacja! Mamy NATO! Mamy Unię Europejską! Świat się zmienił!". Ale czy na pewno aż tak się zmienił? Czy natura interesów narodowych i geopolityki uległa magicznej transformacji? Czy Francja nagle zaczęła przedkładać bezpieczeństwo Polski nad swoje własne interesy gospodarcze i polityczne?
Historia uczy, że w momentach krytycznych każde państwo dba przede wszystkim o swoje interesy. Francja nie ryzykowała poważnej konfrontacji z Niemcami w 1939 roku, bo nie leżało to w jej interesie. Co sprawia, że politycy wierzą, iż teraz byłoby inaczej?
Zamiast kolejnych ceremonii podpisywania papierków, które w praktyce mają wartość papieru toaletowego w czasie kryzysu, Polska powinna skupić się na budowie realnych zdolności obronnych. Silna, nowoczesna armia, sojusze oparte na wzajemnych interesach strategicznych, a nie na pustych obietnicach, rozwinięty przemysł obronny - to są realne gwarancje bezpieczeństwa, a nie eleganckie podpisy na dokumentach, które w razie rzeczywistego zagrożenia będą analizowane przez prawników szukających luk i wymówek.
Ale może o to właśnie chodzi? Może łatwiej jest urządzać ceremonie i robić zdjęcia z uśmiechniętymi przywódcami Francji, niż podejmować trudne decyzje o zwiększeniu wydatków na obronność czy reorganizacji armii? Może łatwiej jest uspokajać opinię publiczną papierowymi gwarancjami, niż mówić trudną prawdę o rzeczywistym położeniu geopolitycznym Polski?
Obserwując te działania, trudno oprzeć się wrażeniu, że polscy politycy bardziej dbają o pozory i doraźne korzyści wizerunkowe niż o rzeczywiste bezpieczeństwo kraju. Historia z 1939 roku powinna być przestrogą, a nie inspiracją do rekonstrukcji historycznych.
Jeśli naprawdę Polska chce wyciągnąć lekcje z historii, powinna pamiętać, że papierowe gwarancje są warte tyle, ile determinacja stojących za nimi państw, by ich bronić. A tej determinacji nie mierzy się liczbą ceremonialnych zdjęć i wielkością delegacji, ale konkretnymi działaniami i rzeczywistymi interesami.
Na koniec pozostaje jedynie zadać pytanie: kiedy w końcu Polska dojrzeje jako państwo i przestanie wierzyć w papierowe obietnice mocarstw, które wielokrotnie ją zawiodły? Kiedy zrozumie, że w brutalnym świecie geopolityki liczą się tylko realne siły i interesy, a nie dobre intencje i piękne umowy? Odpowiedź na to pytanie może być równie bolesna, jak lekcja, którą Polska otrzymała we wrześniu 1939 roku. "